Jeżdżąc w cyklu codziennym dość szybkim motocyklem np. sportem sześćsetką tak jak ja, człowiek może odnieść wrażenie, że nic go już w życiu nie wystraszy, nie zaskoczy, nie podnieci. Jednak na szczęście dla takich ananasków istnieją litrowe sporty i gdyby przesiąść się na tysiąca – odklejające osiągi nabierają zupełnie nowego znaczenia. Tak samo było w moim przypadku przy zetknięciu z nowoczesną Hondą CBR 1000RR Fireblade SP.

Zacznę od tego, że sam od jakiegoś czasu przymierzam się do litra. Uważam się za osobę gotową, aby codziennie doświadczać tej królewskiej klasy. Brakuje mi mocniejszego dołu i jeżdżąc głównie na trasach szukam mocy. W czasie mojego rozglądania się za maszyną nadarzyła się okazja, aby sprawdzić coś zupełnie innego. Coś bardzo skutecznego w jeździe, czyli najnowszą Hondę CBR 1000RR Fireblade SP. Model ten obecny na rynku od 2017 od standardowej wersji różni się chociażby genialnym elektronicznie sterowanym zawieszeniem Ohlinsa, co przesądza o zajebistości jego prowadzenia. Nie żartuję. Motocykl ma genialne zawieszenie i idę o zakład, że w daily użytkowaniu sprawdza się nieziemsko. Ja niestety spędziłem z nim tylko kilka godzin, ale to wystarczyło, żeby chociażby kilka faktów Wam zdradzić.

Dźwiękowo można to porównać do samochodu z dwusprzęgłówką. Zmiana zachodzi w ułamek sekundy, do tego pyknięcie z wydechu. Miodzio.

Przyzwyczajony jestem do dość starej technologii, bo 10 lat robi kolosalną różnicę, ale kurde czemu moja ukochana sześćseta nie może być tak smukła i drobna jak ten litr? Siadając na niego miałem wrażenie jakbym dosiadał 250, albo roweru. Fenomenalne. Wydaje się też, krótki. Motocykl jest zwarty i dość miękki na samym początku, szczególnie w komfortowym trybie – bo od niego zacząłem. Oczywiście jest piekielnie szybki, ale nie dzikuje nadmiernie, nie podnosi przedniego koła, nie drapie tyłem i ogólnie jest gites majonez do jazdy po mieście, gdy nie chcemy robić grandy. Z tym trybem spędziłem 15 minut, więc za dużo Wam o nim nie powiem. Jeździłem głównie w tym najbardziej hardcorowym żeby mieć jak największe szanse na kalectwo i wyczucie motocykla. No i to jest wow.

W połączeniu z fenomenalnymi osiągami, genialnym aktywnym zawieszeniem – motocykl prowadzi się jak po sznurku. Podnosi koło na zawołanie bez szarpnięć i stabilnie stara się jechać wspierając nasze wheelie elektroniką. Daję okejkę, zmniejsza to szanse na zabicie się, aczkolwiek jak ktoś nie lata na kole to się odrobinę może zdziwić po przesiadce z takiej nowoczesnej maszyny na jakiegoś starszego skurczygnata podobnego pokroju. Delikatna izolacja jest, ale systemy są optymalnie wysterowane. No ale co szpan podczas wyprzedzania to Twoje. Pamiętaj, że przy 200 km/h nadal suniesz na gumie 😉

Moto oprócz tego, że jest smukłe jak moja talia (hahah) to fenomenalnie lekko się prowadzi. W połączeniu z dobrą reakcją na gaz i ogromną mocą daje duże możliwości. Notabene reakcję przepustnicy możemy też dowolnie personalizować w zależności od trybu. Podobnie jak charakterystykę oddawania mocy i poziom ingerencji systemów. Do tego quickshifter i downshifter robią ze zmian biegów przy lataniu na pełnej istną poezję. Za każdym razem przy bombnięciu takiego manewru bez sprzęgła mam wrażenie, że zaoszczędziłem kilka sekund w życiu. Do tego zero szarpnięć i bardzo przyjemny opór na dźwigni zmiany biegów. To daje właśnie doskonałe czucie tego co dzieje się z motocyklem. Dźwiękowo można to porównać do samochodu z dwusprzęgłówką. Zmiana zachodzi w ułamek sekundy, do tego pyknięcie z wydechu. Miodzio.

Sprzęgło, chyba było jakoś wspomagane i była dodatkowa kontrola plus podbijanie obrotów jako ochrona przed zgaśnięciem. A jak już jesteśmy przy klamkach to zrobimy małe hop na drugą stronę – do hamulca. Tutaj dzieje się magia. Motocykl ma ultra skuteczne hamulce, co uwaga jest w dużej mierze zasługą znowu elektroniki. Wydaje mi się, że podczas mocnych hamowań hamulce są dodatkowo wspomagane przez zawieszenie, które dzięki elektronice dostosowuje się do przeciążeń, aby skutecznie przełożyć cały grip z przedniej opony na asfalt, bez poślizgów i bez podnoszenia tylnego koła.

Osiągi? Tutaj chyba nie ma co wspominać jak 192 KM radzą sobie z tym lekkim motocyklem. Każdy kto jeździł kiedykolwiek litrem jest w stanie sobie to wyobrazić chociażby częściowo. Podpowiem tylko, że licznik zamyka się na 299 km/h. Wtedy dopiero kończy się piąty bieg i zaczyna szósty. No i karuzela jedzie dalej (obstawiam okolice 320 km/h w praktyce) – NIE WIEM, JA LATAŁEM 140 MAKSYMALNIE.

Nie będę ukrywać, że ten tekst jest bardzo chaotyczny. Bardzo chaotyczny jak na tak uporządkowany motocykl, ale ostatecznie ma on w sobie diabła, którego częściowo możemy uwolnić odbezpieczając systemy. Wtedy w dość bezpieczny sposób pozwala on oddawać całe to zło i wspomniany chaos jakie w nim drzemią i korzystać z pokus. No i słuchajcie najlepszego. Pojeździłem 2,5 godziny CBR1000RR Fireblade SP, spaliłem 38 złotych polskich (pozdrawiam) – zrobiłem koło 80 km. A byłem tak zmęczony, jak po całym dniu torowania. Widać takie skondensowane emocje plus adrenalina mogą człowieka zniszczyć… na całe popołudnie… No i mamy chaos…

Blog Comments

As a Newbie, I am constantly browsing online for articles that can benefit me. Thank you

Hello.This post was extremely remarkable, especially since I was investigating for thoughts on this matter last Sunday.

I was reading some of your content on this internet site and I conceive this site is real instructive! Keep putting up.

Add a comment

*Please complete all fields correctly

twelve − eleven =

Related Blogs