Marzyłem o tym od lat, aż w końcu… udało się. Miałem okazję poznać się z Nissanem R32 – absolutną ikoną. Silnik rzędowy sześciocylindrowy RB26DETT, turbosprężarki, napęd na cztery koła ATTESA – czyste technologie z lat 90. Na chwilę zamknijcie oczy, wczujcie się w klimat. Wyobraźcie sobie zapach japońskiego wnętrza, lekko przepalonego przez lata słońcem, odrobinę spalonego oleju silnikowego i niespalonej benzyny. Teraz otwórzcie oczy i zapraszam do czytania.
Spotkać na europejskich drogach Godzillę to trochę jak znaleźć czterolistną koniczynę. Samochód produkowany był w latach 1989 do 1994 i mimo, że powstał w dość konkretnej liczbie – aż 43 937 szt (tak, populacja blisko 10 x większa niż Focus RS pierwszej generacji) na starym kontynencie jest rzadko spotykany. R32 był sprzedawany tylko w Japonii, owszem doczekał się eksportu skromnych ilości między innymi do UK czy Australii, ale do Europy jest ściągany tylko przez prawdziwych zapaleńców i występuje tylko w wersji z kierownicą po prawej stronie. Nissan pod maską ma 2,6 litra, kultową już jednostkę RB26DETT. Do tego niebieska plakietka z VINem na ścianie grodziowej jako znak rozpoznawczy. 280 KM, gdzie każdy twierdził, że samochód musiał mieć więcej. Skrzynia 5 biegów – manualna. Do tego napęd na 4 koła i wszystkie koła skrętne. W środku materiałowa tapicerka, kubełki i w sumie nic więcej poza zegarami i dość małą optycznie kierownicą. Rok 1989, ale to musiało wtedy robić. Podobnie jak 16-calowe felgi, w które fabrycznie ubrany był GTR, będąc jednocześnie bardzo szybkim w stosunku do konkurencji autem, a w roku 1989 jednocześnie najszybszym samochodem produkcji japońskiej, aż nie pojawiła się Supra i 3000GT.
Ja dotychczas samochód, który może być moim równolatkiem znałem tylko i wyłącznie z gier serii Gran Turismo. To wystarczyło mi, aby GTR R32 znalazł się w mojej absolutnej topce samochodów, które chciałbym poznać, a być może kiedyś posiadać. Wymarzona konfiguracja to Gunmetal Grey (najpopularniejszy kolor) i rok 1993 – sentyment do rocznika, cudowny 😊Miałem nawet epizod, że próbowałem wylicytować jakiegoś zardzewiałego copa z Japonii, ale na szczęście się nie udało. Udało się natomiast GTR R32 poznać na żywo i przekonać czy moje wyobrażenia i fantazje oddały to jak jest w rzeczywistości. Jak to mówią, „never meet your heroes” – zobaczymy jak to będzie w tym przypadku.
Na spotkanie i sesję foto pojechałem Focusem. Pierwszym powodem była piękna pogoda, która już od najwcześniejszych godzin rozpieszczała. W połączeniu z małym ruchem o 4 nad ranem dała cudowny poranek z niesamowitym autem. Klimat takiej przejażdżki zaraz po wschodzie Słońca to coś nie do opisania. Drugim powodem była chęć postawienia dwóch samochodów moich marzeń obok siebie i zrobienie im pamiątkowego zdjęcia. Zdjęcia, które prawdopodobnie jest jedynym uwiecznieniem dwóch tego typu aut na świecie. Focus RS nie był w ogóle popularny w Japonii, ściągali inne europejskie auta, jedyną nadzieją pozostałoby UK gdzie i R32 i RS były możliwe do uświadczenia. Ja takiego combo wcześniej nie widziałem, ale pamiątkę zrobiliśmy. Postawiłem Focusa na BP i po chwili oczekiwania pojawił się Tomek w swoim pięknym R32. Podjechał zaskakująco cicho. To co mnie zaskoczyło to fakt jak w tak starej kaście wszystko może wyglądać świeżo. Chwila paplania przy aucie – miała być chwila, ale ostatecznie zajęło to trochę dłużej – na szczęście strażnik moralności i czasu – Pioter zagonił nas do pracy i ruszyliśmy robić materiał. Robiąc zdjęcia z kabrio nie mogłem się nacieszyć wszystkimi dźwiękami jakie Godzilla wydawała wokół nas. Parskała, pufała, wydech charakterystycznie oddawał dźwięk rzędowej szóstki. Jeden z tych dźwięków, który jest nie do podrobienia podobnie jak bokser w Subaru. To jest po prostu inny wymiar.
Następnym krokiem w ramach dozowania mi atrakcji tego poranka była przejażdżka na prawym. Dodam, że egzemplarz Tomka mimo nieskazitelnego wyglądu serii jest trochę dłubnięty. Mapa lekka jest na 500 KM, mapa męska na 550. To co jest piękne to szerokość możliwych modyfikacji. To co nie jest piękne to ich cena, ale no cóż. Tanio to już było. RB26DETT nie jest najtańszym w utrzymaniu silnikiem, ale odwdzięcza się co nieco. Tomkowy egzemplarz ma seryjny słupek. I żyje. I brzmi i cudownie się odpycha. W momencie wciśnięcia gazu jest chwila oczekiwania słychać jak napędzają się turbiny… a potem czuć jak zawias leciutko przysiada z tyłu, napęd na 4 spina to wszystko w jedną całość i wektor przyspieszenia zaczyna przekładać siły na ciało. I to przyspieszenie jest brutalne. Zakończone na chwilę świstem zaworu upustowego. Ale tylko na chwilę. Za moment grzechoczące na postoju dwutarczowe sprzęgło znów wypuści potwora do przodu. Bajka. Właśnie tak to sobie wyobrażałem. W środku jest klimatycznie, pierwsze chwile na lewym siedzeniu to z kolei dysonans, bo ładnych kilka lat nie miałem przyjemności z RHD, więc uczucie „kto mi zwinął kierownicę” towarzyszyło mi przy każdym rzucie oka przed siebie. To co mnie zaskoczyło to miękkość i wygoda. GTR porównałbym raczej do świetnego GT do przemierzania kilometrów – chociaż czuć że tutaj japońska skala wygłuszenia sportowego auta sprzed 25 lat może i pozwoliła oszczędzić coś masy (około 1,5 tony) ale może być głośno przy prędkościach autostradowych. Poza tym auto jest nad wyraz cywilne, miękkie i normalne. To było miłe zaskoczenie, bo spodziewałem się twardego na wskroś gnoja – szczególnie po przesiadce z Focusa był to samochód raczej wygodny. Fotele milutko otulają, radyjko po cichu gra i co jakiś czas jest zagłuszane przez ryk RB, który z przyjemnością popieści uszy. Coś pięknego. Same przyspieszenia? Budzą emocje, trochę za sprawą niskiej masy, trochę za sprawą manuala i trochę za sprawą charakterystyki oddawania jej – to jest surowe i takie prawdziwe w tym wszystkim. Duży props za takie wystrojenie auta. Robi to fajnie.
Trzecim moim etapem – finalnym obcowania z tym autem jest zajęcie miejsca na prawym fotelu.
Prawy fotel to wiele zagrożeń, między innymi przestawienie głowy, że auto jest trochę w lustrzanym odbiciu w przestrzeni i trzeba się trochę inaczej orientować, drugim aspektem jest obsługa przyrządów, trzecim fakt, że biegi lecą z lewej ręki. Kilka minut by się przyzwyczaić i można ruszać w ruch uliczny. Przyznam się, że dawno nie miałem takich emocji – tyle rzeczy innych i nowych na raz, moje neurony zasuwały z prędkościami dużo większymi niż normalnie, ale udało się. Sprzęgło brało dość dziwnie i było dość miękkie w porównaniu do Focusa, gaz jakby skrojony pod moje odczuwanie – ruszamy. Pierwszy bieg powoli wyjeżdżam z parkingu. Trochę się cackam, bo przeżywam lekki stres. Wymarzone auto, teraz tylko nic nie popsuć. Wyjechałem na prostą, jak cudownie ten samochód się zachowuje. Trzeci bieg, dodaję gazu – mało, nie za dużo, żeby mnie nie zmiotło z planszy – turbiny się nadmuchują i sru. Puszczam gaz, zawór daje znać – powietrza nie ma – nadmuchajmy to znowu. Kolejne przyspieszenie – znów to samo. Coś pięknego. Poczucie operowania sprzęgłem i skrzynią nad wyraz mechaniczne. Wszystko spięte. Napęd spina, ty się spinasz. Cudowne. Zawias wybiera nierówności jak w normalnym aucie. Właśnie… Czemu GTR miałby być autem nienormalnym? Przecież blisko 44 tysiące jeździły po drogach i patrząc po przebiegach ludzie jakoś dawali z tym sobie radę. Potem modyfikowali, dawali sobie radę jeszcze szybciej i głośniej. Ok, samochód w speckach wyścigowych zapisał się w historii japońskich wyścigów samochodów turystycznych czy w Australii. W latach 1990 – 1993 na 29 wyścigów wygrał… 29. Absolutna dominacja i stąd właśnie przydomek „Godzilla”. Piękne czasy, gdzie innowacja w postaci mądrego napędu na wszystkie koła i odpowiedniego silnika mogła zrobić takie zamieszanie. Na pewno wielu z Was kojarzy każdy szczegół GTRa w barwach Calsonic/Impul – to był właśnie dominator. Zapisał się na stałe w historii wyścigów, a dalej w sercach petrolheadów i graczy na całym świecie.
Jak to wygląda w cyfrach? Taniej już nie będzie. GTR R32 to dzisiaj wydatek na północ od 150 tys złotych, a naprawdę sensowne egzemplarze to już okolice 200. Sam serwis z racji dostępności części tani nie jest, ale po spotkaniu z samochodem i po śledzeniu cen przez ostatnie lata uważam, że warto. Skąd dostać egzemplarz? Jak to skąd? Z Japonii. Oczywiście można kombinować też i ściągać z Australii albo polować na egzemplarze obecne już w Europie, ale tutaj z dostępnością nie ma szału.
Podsumowując – klimat, odczucia i jazda tym samochodem to coś co ciężko opisać. Mnie na pewno nie rozczarował. Nawet bym powiedział, że rozkochał mnie w sobie jeszcze bardziej ale pozwolił też nabrać dystansu, z racji trudności pozyskania i serwisu. Czy czułem się dobrze za kierownicą mimo, ze to RHD? Powiedzmy. Czy nadal widzę go w wymarzonym garażu? Tak.




























