Route 66, znikające wieczorową porą słońce gdzieś za horyzontem. Rześkie powietrze wokół Ciebie, a pod tyłkiem dudniące V, które nijak nie chce równo pracować. Tak właśnie wyobrażałem sobie pierwszą przygodę z marką Harley-Davidson, jednak rzeczywistość okazała się zgoła inna, scenariusz rozegrał się w Polsce, a praca silnika była aksamitna. Zapraszam Was na kilka słów o najnowszym Harleyu. Model Sportster S.

Jeszcze nigdy nie jeździłem Harleyem. Ba. Nawet nigdy nie siedziałem na żadnym cruiserze/chopperze. Już przy pierwszych pisanych słowach czuję, że ten tekst będzie inny. Będzie wymagał ode mnie dużo szukania i doktoryzowania się, bo jest w czym. Za rok będzie 120 lat historii i doświadczenia wspomnianej firmy w budowaniu motocykli. Były w tym motocykle, które wygrywały zawody sportowe. Dzisiaj HD jest symbolem. Jest ikoną, która jest utożsamiana z każdym tego typu motocyklem. Jest jeden HD, a reszta w klasie patrzy na niego z zazdrością. Marka legenda. Cała filozofia życia kręcąca się wokół marki. Japończycy próbują naśladować, ale dla niewprawionych oczu każdy motocykl w tej konwencji to „harley”. Ma on też duże znaczenie w kulturze. Widzimy go jako maszynę dla wolnego człowieka. Dla kogoś kto żyje i podróżuje, kogoś kto pierdzi tym cudem po okolicy bliższej i dalszej i spotyka się z innymi brodatymi gośćmi w skórach. Cały stereotyp. Jack Daniels, drewniana speluna gdzieś w stanach, zapach potu i mocno zakrapiane imprezy prawdziwych twardzieli z motocyklami ociekającymi siłą, chromami i często olejem (słyszałem legendy, że z HD jest tak, że jak olej z niego nie kapie, to znaczy, że go nie ma, trochę jak Ducati). Tak widzimy legendę, tak widzimy Harleya. Czasy jednak się zmieniają i ofertę trzeba dostosować do wymagań aktualnego klienta. Klienta dzisiaj często nieobytego z motocyklami, po prostu chcącego spróbować i zakosztować tej magii. Na przykład przychodzę ja, jako Harleyowy nowicjusz bez brody i skóry…

Na moją pierwszą przygodę z marką przypadł mi model Sportster S. Nowa konstrukcja z nowym silnikiem V2 o pojemności 1250 ccm i mocy 120 KM. Blisko 100 KM z litra. Ciekawie, myślałem, że w HD raczej są niewysilone jednostki, ale po chwili szukania okazuje się, że nie jest to pierwszy model o takim współczynniku. Niemniej jednak byłem podekscytowany, bo lubię próbować nowych rzeczy. Ciekaw byłem jak to jest jechać zrelaksowanym z nogami wyciągniętymi do przodu. Dla człowieka, który budzi się zwinięty w embrion, z racji jazdy na sporcie to nie lada gratka. Nie wiem czy kiedykolwiek moje stawy były w tak komfortowej pozycji. Na pewno jest w tym coś magicznego, bo czułem się dobrze. Wszystko było na swoim miejscu i prowadzenie motocykla było proste.

Wizualnie wygląda nieziemsko. Z przodu uwagę przyciąga w pierwszej kolejności gigantyczna przednia opona – niektórzy mają taką z tyłu w sportowych motocyklach – 160 szerokości. Kosmos. Wokół niej czarny widelec, a nad nią szeroka LEDowa lampa. On fabrycznie wygląda trochę jak custom. Rewela. Od boku z kolei nad całością dominuje wysoko poprowadzony wydech jak w dawnych maszynach Flat Track (taki żużel dla amerykańców, dużo mocy i pojemności) oraz odsłonięte cylindry w ciemnym kolorze. Oprócz tego wszystko czarne, krótki zadupek okalający w połowie oponę 180 i nikomu niepotrzebne, szpetne mocowanie tablicy rejestracyjnej, ale to już wyzwanie dla każdego właściciela, bo sposobów na przeniesienie jej jest mnóstwo. Koniec marudzenia, czas to odpalić.

Po odpaleniu przeżyłem coś, co niektórzy nazwą rozczarowaniem, a ja nazwę przełamaniem stereotypu. Zamiast strzałów z wydechu i potężnych wibracji, jakie śniły mi się zawsze, gdy jechałem w orzeszku i okularach przez prerię mamy kulturę. Mamy motocykl, który swoją pracą nie krzyczy, że jest inny. Chodzi równo i nim nie pojawi się w zasięgu wzroku nikt nie zgadnie, co to. To nie jest HD powiedzą niektórzy – w mojej ocenie to jest HD na miarę naszych czasów, ale owszem – chciałbym spróbować go w wersji z wydechem akcesoryjnym – może bardziej przeniesie klimat potężnej Vki w powietrze.

Przed oczami jeźdźca jeden okrągły – ciekłokrystaliczny (naprawdę) ekran. W centrum ekranu prędkościomierz – wokół niego obrotomierz wyskalowany do 10 tysięcy obrotów z czerwonym polem przy 9 i garść podstawowych informacji. Godzina, przebieg, ilość paliwa, zapięty bieg i pod spodem kilka kontrolek, które randomowo mogą się czasem zaświecić. Co ważne, motocykl można podłączyć przez BT z telefonem i wtedy dzięki aplikacji możemy rzucić sobie na ten okrągły ekran mapę wraz z nawigacją do celu. Sprawdzałem, działa!

Będziesz przebijać biegi bez sprzęgła, bo wchodzą jak w masełko, żeby na koniec przekonać się, że prędkość maksymalna jest definiowana przez Twoją umiejętność utrzymania stóp na podnóżkach, ponieważ Twoja podeszwa staje się żaglem i powyżej 180 wiatr próbuje wepchnąć Ci stopę w kolano.

Jak każdy współczesny motocykl Sportster ma kilka trybów pracy. Ja w sumie nie wiem jakie, bo jeździłem tylko w trybie S. Tak jak nazwa sugeruje. Motocykl był pieruńsko żwawy. Mocne odwinięcie z dołu to mocna próba dla barków. Przy prędkościach miejskich skubaniec był naprawdę kosmiczny. Dużo trakcji na tylnej oponie. Motocykl mimo wagi 221 kg na sucho jest zwinny, dobrze się zbiera i robi na każdym uczestniku drogi wrażenie. Nikt przecież nie spodziewa się szybkiego HD. Tutaj jest naprawdę szybko. Myślę, że motocykl swoimi osiągami może zaspokoić nawet użytkowników sportów, bo naprawdę nie ma wstydu. Na hamowanie w ruchu miejskim też nie można było narzekać, ale tutaj niestety nie da się fizyki oszukać i duża masa bywa odczuwalna. Na pewno na plus zintegrowane hamulce. Poza tym, motocykl wręcz oszukuje tą fizykę i prowadzi się lekko. Zakręty są przyjemnością i znów muszę przyznać, że nie tak wyobrażałem sobie HD. Spodziewałem się cegły na sprężynie w zakrętach, braku zestrojonego w tym kierunku zawieszenia. Ten gagatek skręca, a na wyjściu przyspiesza, bo moc i moment są cały czas. Będziesz przebijać biegi bez sprzęgła, bo wchodzą jak w masełko, żeby na koniec przekonać się, że prędkość maksymalna jest definiowana przez Twoją umiejętność utrzymania stóp na podnóżkach, ponieważ Twoja podeszwa staje się żaglem i powyżej 180 (potrafi pokazać 2 z przodu, potwierdzone info) wiatr próbuje wepchnąć Ci stopę w kolano. Tak już jest.

Wygląda jak milion dolarów, jeździ jak bardzo dobry i bardzo szybki motocykl. Gwarantuje wrażenia, poczucie stylu i wygodną jazdę. Miło się na niego patrzy po zaparkowaniu. Brzmi dobrze? Czekajcie na cenę.

Trochę ponad 83 tysiące złotych. Jest dobrze.

Podsumowując – niezależnie z jakiego motocykla się przesiadasz, jeśli czujesz się gotowy i zaobserwujesz u siebie taką chęć to możesz usiąść na HD – nie musisz specjalnie do tego hodować brody! Jeśli z kolei zaczynasz przygodę z motocyklami to wspawaj sobie śruby w barki, bo przy mocnym odwinięciu mogą się pożegnać z ramionami, a to już dłuższa rehabilitacja.

Add a comment

*Please complete all fields correctly

Related Blogs