Triumph Street Triple R – zakapior do miasta

Z brytyjską marką Triumph miałem dotychczas jedno skojarzenie – 3 cylindry. Delikatnie nierówna praca, charakterystyczny dźwięk. W zeszłym tygodniu po raz pierwszy mogłem pojeździć modelem Street Triple w wersji R. Nie rozczarowałem się nawet w najmniejszym stopniu.

Zaczynając od charakterystycznego designu – tu zwłaszcza przednie lampy – motocykl wygląda z przodu jak modliszka. W mojej ocenie budzi to odrobinę respektu, szczególnie, że modliszka po skończonej kopulacji z partnerem odgryza mu łeb. Najnormalniej w świecie. Bardzo lubię swoją głowę i nie chciałbym jej stracić po erotycznej zabawie. Natomiast patrząc od tyłu widzimy minimalnie za wąską oponę, ale perfekcyjny, zgrabny zadupek. Wydech wyprowadzony przy prawej pięcie nie szokuje w żaden sposób, on po prostu jest gdzie trzeba. Do testu dostałem model R. Jest to model w środku konfiguratora, lepsza od niego jest tylko wersja RS, która ma typowo sportowe nastawienie i kilka dodatków pod tor.

 

 

Siadam na moto, jest wygodnie. Przekręcam kluczyk – w tym przeszkadzają jedynie przewody hamulcowe. Wsadzenie kluczyka w rękawicach jest bardzo trudne, polecam zdejmować i poćwiczyć precyzję palców. Wita mnie ciekłokrystaliczny wyświetlacz. Jest super czytelny, zarówno w nocy jak i za dnia. Obsługuje się go dwoma przyciskami – jeden z prawej, drugi z lewej strony oraz małym joystickiem. O dziwo, można obsługiwać wszystko dosyć precyzyjnie nawet w rękawicach. Duży plus. Menu pozwala nam spersonalizować tryby jazdy, które potem można przerzucać za pomocą przycisku. W wersji R, tryby mamy 4 – drogowy, sportowy, deszczowy oraz Rider. Wersja RS jest dodatkowo wyposażona w tryb torowy. Chwila zabawy z trybami i nauka obsługi zabawek i jestem gotowy do drogi.

 

 

Pierwsza uwaga – chowanie i wyciąganie nóżki wymaga jakiegoś rewelacyjnego sposobu, aby było wygodne. Ja go nie rozkminiłem. Szczególnie rozłożenie nóżki jest trudne, ponieważ brakuje jakiegokolwiek dodatkowego elementu pośrodku nóżki, który będzie można zahaczyć butem, aby ją rozłożyć.

Silnik pracuje w charakterystyczny dla 3-cylindrowca sposób. Delikatnie przebiera. Zaczynam przygodę. Dół dość żwawy, chwila mija nim odważam się odwinąć go odrobinę mocniej. Czuję, że motocykl jest lekki. Łatwo się nim jedzie. Po kilku kilometrach przyzwyczajania się zaczynam więcej sobie folgować…

Matko jakie to jest dzikie. Odwinięcie manetki na ładnym asfalcie to podnoszenie koła na przemian z uślizgami pacyfikowanymi przez kontrolę trakcji. Teraz wiem, do czego jest ten TCS. Uwaga, na nierównej drodze przy delikatnym podbiciu na pełnym gazie będzie podnosiło go także na trójce. Fajniusio. Po odłączeniu kontroli trakcji czuć walkę tylnej opony z asfaltem i każde złapanie przyczepności – wtedy znowu przednie koło wędruje do góry. Można się przestraszyć, ale to jest właśnie zajebiste i gwarantuje, że motocykl nie znudzi się za szybko…

 

 

Oczywiście jak to naked, do 180 km/h da się wysiedzieć, potem brak sensu, ale raczej jest to maszyna dedykowana do miasta. Czyli tak jakby się wszystko zgadzało. Moc oddaje ciekawie, wpierw zacząłem myśleć, że ma mocny dół. Potem wiedziałem, że górę ma jeszcze mocniejszą. Dodatkowo stosunkowo krótkie przełożenia i można naprawdę czerpać z tego motocykla pełnymi garściami, bez żadnych zahamowań.

Silnik ma większą pojemność niż to co przez lata prezentował Triumph (675), teraz pojemność to 765 ccm. W przypadku tego motocykla owocuje to mocą 118 KM oraz 77 Nm momentu. To jest naprawdę optymalnie jak na killera do miasta. Dorzucając do tego bardzo ciekawy dźwięk wydechu… Bomba. Niestety wydech jak w każdym seryjnym motocyklu jest za cichy i dopóki nie bijemy po najwyższych rejestrach obrotowych jesteśmy słabo słyszalni. Pamiętajcie proszę o tym, kierowcy nas za późno słyszą.

 

 

Motocykl nawet na nierównościach sprawuje się zaskakująco dobrze i pomijając jego charakterystykę dążącą do odgryzienia głowy jest wygodny. Siedzisko optymalne, pozycja wygodna, przynajmniej dla mnie mającego ponad 180 cm wzrostu. Wszystko na swoim miejscu.

Zawieszenie jak na takiego zakapiora pracuje dość delikatnie. Nie jest to niewyobrażalny komfort i wybieranie nierówności, ale z drugiej strony patrząc na charakterystykę motocykla powinien dawać odczucia podobne do jazdy na głazie narzutowym.

 

 

Co z ceną? Hmmm. Testowana przeze mnie wersja R,  to wydatek na poziomie 43 900 zł, podczas, gdy podstawowa wersja S kosztuje od 38 900 zł. Różnic jest sporo, hamulce, zawias, wyświetlacz, tryby jazdy. Triumph Street Triple to świetna propozycja dla każdego łobuza i ulicznika, bo jest dokładnie tak jak reklamuje to Triumph. „Najbardziej wybuchowa, ekscytująca, zwrotna i intuicyjna seria motocykli ulicznych w historii”. I z tego co pokazał mi testowany motocykl – jest w tym dużo prawdy.


8 thoughts on “Triumph Street Triple R – zakapior do miasta

  1. sfazowany Odpowiedz

    Teraz sobie długo nie popiszesz, już bedziesz miał jazdę z tyłu bez trzymanki i nawilżenia 😀

    1. wawiak Odpowiedz

      Ech, możesz mu wylizać jajka, mondziole. 😀

  2. Janusz Odpowiedz

    teraz będzie żył szybko i dobrze się przy tym bawił, z ciepłym oddechem na plecach, haha

  3. ... Odpowiedz

    Następny test to test słowackiego pierdla…

    1. wawiak Odpowiedz

      Chyba ty… 😛

  4. janek Odpowiedz

    jak to jest zrujnować komuś życie swoją butą, arogancją, prostactwem, zuchwałością, narcyzmem i pychą ??

  5. Pipi Odpowiedz

    Teraz „zakapiora” będziesz oglądał przez ramię, jak ci będzie rowek czesał…

  6. wawiak Odpowiedz

    Ech, możecie mu wylizać jajka, mondzioły. 😀

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

two × one =