Maserati Gran Turismo S – atleta w garniaku

Nie wiem, czy zastanawialiście się kiedyś jak najtrafniej zdefiniować termin samochodu typu Gran Turismo… Podejrzewam, że nie pomogę Wam za dużo odpowiadając „No Gran Turismo”. Może za kilka akapitów się dogadamy…

Gdybym każdorazowo za taką żartobliwą grę słów miał dostać w pysk to z pewnością skończyłbym na OIOMie, przyjmując pokarmy przez słomkę i zastanawiając się jak smakuje kroplówka. Ale tym razem nie robię sobie jaj. Odpowiadam śmiertelnie poważnie. Gran Turismo to Gran Turismo – Maserati Gran Turismo znaczy się.

 

 

Spróbujmy, zatem na tej podstawie określić, jakie powinno być GT. Opowiem Wam coś o Maseraku. Ogólnie to moment wsiadania dał mi mocno do myślenia. Zatopiłem zmęczone całym dniem dupsko w fotelu i poczułem się trochę jak w filmowej biblioteczce, przytułku rozkoszy gdzie przy aromacie skóry i papieru można delektować się ciszą i relaksować. Zaraz przypomniałem sobie, że nie przyszedłem tu czytać książek a raczej organoleptycznie poznać Gran Turismo S. Pierwsze wrażenie jest imponujące. Fotel z jednej strony wydaje się masywny, z drugiej zapadam się w niego i w sumie siedziałem w różnych fotelach, ale takiego uczucia jeszcze nie zaznałem w samochodzie. Nie umiem tego do niczego porównać.

 

 

Silnik zamruczał, a raczej delikatnie kaszlnął przy odpalaniu. Tak brzmi V8. Na zimnym dość głośno, po dogrzaniu zaczyna być cichutkie. Zostaje w zanadrzu tryb sportowy, ale poczekajcie. Wyruszmy w podróż. Spokojne toczenie się po okolicy, samochód zdaje się sprężyście kroczyć jak dostojny jegomość, co jakiś czas mrucząc. Ciężko określić czy z zadowolenia czy raczej, aby wzbudzić pewien strach, ale przyznam, że Maserati najciekawsze dźwięki generuje przy zmianach biegów pod koniec drugiego tysiąca na skali. Wtedy obdarza otoczenie bardzo przyjemnym basem.

 

 

Skrzynia ma dwa oblicza. Przy spokojnym przemierzaniu okolicy pracuje jakby ospale i bez szarpnięć. Zupełnie, jakby w środku za zmianę biegów odpowiadały krasnale wyposażone w poduszki, aby jak najbardziej zniwelować uczucie jakiejkolwiek zmiany biegów. Ale co z drugim obliczem?  Tryb sportowy, wydech zacznie mówić ludzkim głosem. Staje się minimalnie głośniej i trochę bardziej chropowato. Pełen sandał – skrzynia zmienia biegi wzorowo w najwyższym rejestrze obrotów, co chwilę ucinając koncert, aby wzbudził się na nowo w niższym rejestrze.

 

 

Nie uraczycie tutaj ostrych jak brzytwa hamulców. Hamulce pracują jak Włoch. W sumie to bym chciał, ale trochę mi się nie chce <nadmierna gestykulacja>. Nie uraczycie też zawieszenia, pozwalającego się złożyć w każdy zakręt przy ogromnych prędkościach. Nie nakłoni Was też do niecnych występków typu latanie bokiem. Zupełnie jakby się tym brzydził. Ale wybierze każdą nierówność i dowiezie do celu w wyjątkowej wygodzie.

 

 

Przy akompaniamencie solidnego nagłośnienia można przemykać się nocą. Rewelacyjny samochód do relaksu. Nie uwierzycie jak brzmi koncert słynnych Trzech Tenorów, grany podczas nocnej przejażdżki po okolicy. Na pełnym regulatorze.  I teraz pytanie, czy przy koncercie z głośników jest miejsce na V8? Czy akustyka silnika zostanie przyćmiona przez rewelacyjne audio? Otóż nie, Gran Turismo daje nam wybierać.

Jak zatem scharakteryzować to włoskie V8? Daje iluzję dostojności. Nie drze kasty non stop jak silniki w Ferrari. Nie jest takie ostre w obyciu i nie reaguje tak na gaz. Udaje, że pracuje w niższych rejestrach myląc nas większym basem, podczas, gdy pełną moc 440 KM osiąga dopiero przy 7000 rpm. Wtedy 4,7 litra zamienia się w ryczącego Włocha.

 

 

Jednak to, że ryczy to nie jest znak, ze Włoch chce te swoje mięśnie eksploatować. On chce je mieć. Chce szybkim truchtem przebiec 10 km, ale nie ma zamiaru uczestniczyć w sprintach. Woli tutaj wygodnie usiąść i napić się espresso. Właśnie to jest Gran Turismo. To samochód codzienny, wygodny – do szybkiego przemieszczania się. Przykuwający uwagę sobą samym, swym odzieniem. Potrafiący do dzisiaj udowodnić małym młokosom, japońskim atletom, że potrafi ze swoich mięśni zrobić użytek. Nie przeskoczy płotków szybciej niż oni. Ale nie spoci się dobiegając do mety w dobrym stylu. Poprawi koszulę i pójdzie na kawę z pięknymi kobietami. To jest właśnie Gran Turismo. Narzędzie do szybkiego przemieszczania się na dalekich trasach, będące jednocześnie przykuwaczem uwagi oraz w jakimś stopniu kojarząc się ze sportem nie będąc sportowcem i nie prowokując. Tak to widzę.


Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 × 3 =